Samosia

Przydałoby się dziś lusterko. Jak masz pod ręką to spójrz głęboko w oczy chowającej się w szklanej tafli postaci. Za zerkającym zalotnie obliczem kryje się  podstępnie knująca przeciw tobie gadzina.

Dziwne?

Niestety prawdziwe. Przykłady? Już sypię z kapelusza. Wymęczony pomysłami całego dnia zastanawiasz się wielokrotnie co za kretyn zmusza cię do katorżniczej harówy. Po co bierzesz co dzień udział w tym kieracie? Sezon na Służewcu już minął. Weźmy nerwy. Kolejny sztach tytoniowego dymu przybliżający do wieczności doczesne członki.  Oj, płuca nie zapieją z zachwytu. Ale co tam, w paczce z irytującym napisem jeszcze są zawsze uczynni i mili koledzy. Sam sobie ścielesz, podlewając wierną niczym pies wątrobę, kolejnym wieczornym drinkiem.  Umierające setkami tysięcy szare niewinne komórki piszczą w agonii – „sam to sobie czynisz idioto”. Haha. Kubusiu, tracisz resztki rozumku. E tam. Na zdrowie. Na robala.

To oszust. Mały własny składany prywatny hitlerek. Wyciągasz na zawołanie i masz.  A co powiecie na ślęczenie godzinami przed TV, kompem, komórą, czy lekturę kretyńskich portali – nie dość, że odbierają resztki rozumu to kondycja kondoma po ostrej nocy w kwiecie wieku murowana. Każdy dzień to wyzwanie jak tu sobie nabruździć. Co jeszcze zepsuć ? Jaki ohydny kij wsadzić w tryby tej bosko cudownej machinerii? Ile jeszcze prób autodestrukcji zniesie doczesny futerał?  Wieczorem kolejny test.  Sam sobie kijem, sam sobie pałkarzem. Samosia jedna.

Zadziwiające samoprzyzwolenie na własny holokaust. Setki dziwacznych usprawiedliwień, dziesiątki wykrętów. Kto tu rozdaje karty? Kto pociąga za sznurki detonatora samozniszczenia? Zaaferowani karuzelą codziennych zdarzeń nie poświęcamy zanadto uwagi samooszukującym klapkom na naszych oczach.

Homo sapiens. Pomysł na …  autodestrukcję.

Kontakt ( ślimacze życie )

Skoncentrowani. W gonitwie własnych spraw, niczym czarne dziury wirujemy w tumanie egoizmu. W pośpiechu umyka uwadze otaczający nas bezmiar cierpienia, codzienne mozolne mocowanie bliźnich z życiem. Każdego dnia, w każdym jego momencie otaczają nas anonimowe wyprane z kolorów postacie.  Pełnia smutku w twarzach, zgarbione ciężarem przeżyć konstrukcje. W podkrążonych oczach ciężko odnaleźć gasnące iskierki radości. Trzeba pomóc. Uśmiechem. Dobrym słowem. Dobrym uczynkiem. Pora porzucić ślimacze życie. Czas skruszyć skorupę i zaryzykować KONTAKT. Do dzieła!

Przybliżony

Świat zmierzony i zważony jawi nam się odkrytym i opisanym. Umysł centymetrem przybliża. Oko szkiełkiem podpatruje. Pytanie jak dokładnie? Czy rzeczywiście?  Aproksymując oszukujemy się oszołomieni bąbelkami „wiedzy”. Radośnie słupkami cyfr usypiamy czujność zmysłów, kącikiem oka podejrzewając „bezbłędne”.

Zobaczyć kota

Obiektywni?
Staramy się, dopieszczamy. Aby tylko nie uronić kropli. Źródło musi pozostać niezmącone. Tak jak w podręczniku. W większości przypadków to niemożliwe. Zarówno w skali mikro jak i makro. Wszędzie te oddziaływania i wpływ. Cholerne interakcje. Pozyskując dane chcący lub niechcący deformujemy ustalony stan, już na wstępie modyfikujemy źródło danych. Później jest tylko gorzej. Niedomówienia, przemilczenia, pomyłki czy celowa dezinformacja. W końcu jest. Upragniony produkt systemu. Wiedza. Wytęskniona, hołubiona, na piedestały wznoszona. Wiedza. Zdeformowany pryzmatem ludzkiego umysłu obraz świata.

On Próbował

Gdybyście się kiedyś pogubili i ścieżki właściwej odnaleźć nie mogli wspomnijcie słowa bratniej duszy – kawalera de Montaigne. Niech no wygrzebię z kieszeni mego surduta. Gdzieś tu…  Yhhyh, mam!

Umiałeś li obmyśleć i poprowadzić swoje życie? Dokonałeś tedy największego dzieła ze wszystkich. Natura nie potrzebuje wielkiego losu, aby się pokazać i wyżyć; ukazuje się jednako na wszystkich piętrach, i za kurtyną, i bez niej. Kto umiał nakreślić bieg własnego życia, dokazał o wiele więcej niż ten, który kreśli książki; kto umiał zdobyć sobie ład i spokój, lepiej żył niż ten, który zdobył królestwa i miasta

Jezioro Łabędzie

Zgodnie z tytułem dziś będzie o LEDAch ;-) . Parametry zachęcają. Niski pobór energii, w miarę jasne, nie grzeją się. Na pierwszy rzut oka – Super! Po bliższym poznaniu i dokładnym pomacaniu wszelkich jędrności towaru wychodzą na jaw szczegóły. Pudełkowe zużycie energii podrasowane a reklamami przyrzekana długowieczność to często fikcja. Jasność jakaś taka nie jasna. Nawet te ciepłe egzemplarze z domu robią trupiarnię. W lecie gdy słońce nas rozpieszcza można wszelkie niedogodności LEDowych żarówek znieść – nie nagrzewają pomieszczenia jak żarówki tradycyjne. W zimie to inna bajka. Wygłodniali słońca szukamy substytutu. Tutaj LEDy to porażka. Zdecydowanie lepiej posłużą nam  tradycyjne wstrząsoodporne setki. Mocne, przyjemne dla oka światło, daje energię do życia. Promieniowanie podczerwone emitowane przez normalne żarówki dogrzewa zauważalnie całe pomieszczenie dając uczucie przytulności. Dziś hitem stają się panele i folie infrared kosztujące tysiące złotych. Po co? Żarówka kosztuje 1,5 zł. Powstaje pytanie: Czy „zrezygnowaliśmy” z tradycyjnych żarówek na rzecz trudnych w utylizacji świetlówek i LED  (zakup 20-100zł), aby grzać w domach prądem przy użyciu paneli (zakup 1000zł i więcej). Sensu ani oszczędności nie widać tu żadnej. Coś czuję, że jesień i zima upłynie tanio, wstrząsodpornie i podczerwono. A jakiś rachunek za ogrzewanie i tak trzeba zapłacić. Pstryk!